Tatry Wysokie i Tatry Niskie SŁOWACJA

Zelene Pleso zdobyte

Dookoła Tatr http://www.zabrze.net.pl/banachiewicza/wiktor/foto/vysoketatry.jpgPoczątki moich zmagań rowerowych , rok 2005.
Zamieszczam krótką relacją z tej wyprawy ponieważ była to pierwsza moja wyprawa za granicę kraju, do Słowacji i do tego od razu w takie góry. Przygotowania polegały na zakupie butów SPD, które miały mi ułatwić pokonywanie górek. Był to środek sezonu więc o formę się nie martwiłem, zabrałem ze sobą kamerę, by wszystko uwiecznić. Wyruszyła nas czwórka
ZAKOPANE Leon Andrzej Janek i Waldek
.


23 lipca 2005 r.


Wyruszyliśmy z Zabrza wcześnie rano samochodem Leona w kierunku Zakopanego. Na miejsce dotarliśmy około ósmej. Samochód został koło bacówki, a my zdjedliśmy rowery z bagażnika i po krótkich przygotowaniach wyruszyliśmy w nieznane.
Poprzez Krupówki, skierowaliśmy się do przejścia granicznego w Łysej Polanie. Waldek na samym początku odwiedził Mcdonald na Krupówkach, zrobiliśmy sobie też pamiątkowe zdjęcie. Po niezłej wspinaczce dotarliśmy do przejścia granicznego i wkrótce byliśmy na Słowacji.
Droga do Tatranskiej Kotliny to praktycznie długi zjazd, dopiero wjazd na drogę 537 w kierunku Tatranskiej Lomnicy zaowocował podjazdem. Dotarliśmy do miejsca gdzie trzeba było zjechać z asfaltu i udać się kamienistym szlakiem w kierunku Zelenego Plesa.  Góry to nie jest moja mocna strona , więc praktycznie przez godzinę prowadziłem rower pod górę, by w końcu dotrzeć do schroniska. Przepiękne widoki zrekompensowały wylany pot, zaś zimne piwo przywróciło humor. Warto zobaczyć to miejsce!. Powrót do asfaltu był prosty , większość trasy dało się zjechać na rowerze. Jedziemy dalej, ciągle po górę dotarliśmy do Tatranskej Lomnicy, gdzie zjedliśmy niezły obiad. Podczas posiłku zapadła decyzja, że zdobywamy jeszcze Slezky Dom, co nie było zbyt rozsądne zwłaszcza,że było już około szesnastej. Przedtem jednak postanowiliśmy załatwić jakiś nocleg. W centrum miasteczka spotkaliśmy mężczyznę, który zaproponował nam nocleg i szybko się dogadaliśmy. Zrobiliśmy w sklepie małe zakupy i wyruszyliśmy dalej. Trzeba było dotrzeć do miejscowości Tatranska Polianka, skąd prowadzi asfaltowa droga pod same schroniska. Niestety znowu pod górę i większość trasy prowadziłem rower, zostając daleko w tyle. Gdzieś w połowie drogi do schroniska asfalt skręcał w lewo, natomiast prosto prowadził szlak czerwony z napisem 1 h do schroniska. Jak wspominałem zostałem z tyłu i nie wiedziałem , którędy pojechali moi koledzy. Po krótkim namyśle wybrałem szlak, co później okazało się nie najlepszym pomysłem. Kamienista droga po kilkuset metrach zmieniła się w kamienne schody prowadzące do góry. Nie chciało mi się wracać, więc wziąłem rower na ramię i dzielnie się wspinałem.

 

Czas mijał, byłem coraz bardziej zmęczony, zaczynało silnie szarzeć, z oddali słychać było pomruki niedźwiedzi. Wiedziałem., że nie mam wyjścia trzeba przeć do przodu. Utrudzony dotarłem pod schronisko. Rozglądałem się, ale nie zauważyłem rowerów kolegów. Pomyślałem, że zjechali na dół, więc szybko podjąłem decyzje i ruszyłem w dół asfaltowa drogą, z której tak nieopacznie zrezygnowałem, wybierając szlak przez mękę. Było już zupełnie ciemno około dwudziestej, a ja na dodatek nie miałem światła, więc zjazd odbywał się trochę na wariata. Szczęśliwie dotarłem na dół, ale i tutaj nie było nikogo. Trzeba było wrócić do Tatranskiej Lomnicy, co bez światła na ruchliwej drodze było bardzo niebezpieczne. Jakoś dotarłem do miejsca , gdzie załatwialiśmy nocleg, licząc ,że tutaj będą na mnie czekali, ale nic z tego. Los jednak czuwał nade mną!. Miałem wizytówkę z telefonem, od gościa , który nam zaoferował nocleg, oraz drobne, reszta z obiadu, dzięki czemu mogłem zadzwonić. Po chwili znalazłem budkę telefoniczną, niestety nie udało mi się prawidłowo wybrać numeru, coś robiłem nie tak, zacząłem wątpić, czy ktokolwiek się mną martwi i myślałem o spaniu na ławce. Na szczęście było bardzo ciepło. Zaczepiłem przechodzącego pana z pieskiem z prośbą o pomoc. Ten dodzwonił się bez problemu i po pół godzinie nadjechała Skoda do której załadowałem swój rower i pojechaliśmy do miejscowości Hunowce, gdzie był załatwiony nocleg. Na miejscu okazał się, że nie tylko ja się zgubiłem. Nie było Waldka. Znowu w ruch poszedł telefon, tym razem   do schroniska. Pani w recepcji powiedziała, że Waldek jest tam zameldowany. Okazało się, że dotarł tuż przede mną, ale wszedł do schroniska i tam postanowił czekać na resztę, a nie tak jak ja od razu zjechać na dół. Ostatecznie dojechał rano następnego dnia. Wyszło, że Janek z Leonem pojechali asfaltem i szybko dotarli na miejsce. Czekali w schronisku ponad godzinę i postanowili wracać, myśląc , że nas spotkają po drodze. Ja z Waldkiem szliśmy szlakiem i nie mogli nas spotkać. Podczas zjazdu Janek miał poważna wywrotkę, na szczęście zakończoną drobnymi obtarciami. Najbardziej ucierpiało siodełko.

   dystans – 142     czas - 8:27    avs = 16,80

24 lipca 2005


Rano , szczęśliwie już w czwórkę, wyruszyliśmy w kierunku Popradu, gdzie zjedliśmy śniadanie. Leon wyruszył szukać sklepu z odżywkami, gdyż dostał zadanie poważnych zakupów , bo ceny na Słowacj , jak mówił, są o połowę niższe. Wrócił za pół godziny, bo sklep był nie czynny. Obraliśmy kierunek na Niskie Tatry. Ruszyliśmy w kierunku Kralowej Hory, którą mieliśmy zamiar zdobyć. Bardzo ładną widokowa drogą dotarliśmy do Sumiac. Tutaj zapadła decyzja, że ja z Waldkiem jedziemy dalej, natomiast Leon i Janek, jadą zdobyć Kralovą Horę i potem nas dogonią. Dojechaliśmy z Waldkiem do miejscowości Helpa, gdzie zjedliśmy niezły obiad. Po posiłku przyszedł czas na kolejne podjazdy. Musieliśmy przeskoczyć Sedlo Priehyba. Droga wiodła coraz bardziej pod górę, trzymając się żółtego szlaku parliśmy przed siebie. W pewnym momencie szlak skręcał w lewo, niestety my pojechaliśmy prosto tak , że trochę pobłądziliśmy. Po  pewnym czasie zorientowawszy się, wróciliśmy i odnaleźliśmy szlak.

Prowadził zarośniętą wysoka trawą ścieżką, prawie pionowo do góry. Waldek miał problemy z pchaniem swojego objuczonego sakwami roweru. Co chwila przystawaliśmy, zlani potem, popijając wodę z płynących potoczków. Po chwili byliśmy na górze, na szczęście pokazał się asfalt. Waldek znalazł w swoich sakwach 1,5 litrową butelkę wody mineralnej, a my piliśmy wodę z potoczków. Na moje zdziwienie, odpowiedział, że to tak dla treningu, che, che …….  Rozpoczął się długi zjazd do miejscowości Vah, obok pięknego jeziora i elektrowni. Jadać rozglądaliśmy się za noclegiem , ale dopiero w miejscowości Svarin natknęliśmy się na domki do wynajęcia za 1100 koron.  Domek drewniany na 6 osób, miejsca więc sporo. Po przebraniu się, nadszedł czas na browar. Zaczęło się solidnie ściemniać, a pozostałych nie było widać. Usiadłem przy drodze wypatrując w ciemności światła. Nie wiem jak długo czekałem, ale nagle  w nocnej ciszy usłyszałem głosy rozmowy i małe światełko. To powoli, z jednym światłem, jechał Leon z Jankiem. Znowu szczęśliwie jesteśmy wszyscy razem.

dystans - 125  czas - 7:50   czas – 7:22    avs = 15,96

25 lipca 2005

 

Rano trochę byłem obolały, łydki bolały, trzeba było się rozruszać, na szczęście nie było górek. Dojechaliśmy do Liptowskiego Hradoka i tu Leon postanowił się odłączyć, aby zrobić wspomniane wcześniej zakupy w Popradzie. Tak więc w trójkę pojechaliśmy dalej, aby zamknąć pętlę wokół Tatr. Trzeci dzień pedałowania dawał się w znaki. Powoli, bez zrywów pokonywaliśmy trasę. Koło południa dotarliśmy do Zuberca, a więc pora na obiad i piwko. W trochę lepszych humorach pomknęliśmy dalej. Janek dopatrzył się gdzieś wozu policji i wyprowadził na s w krzaki , ale jakoś wróciliśmy na trasę. Do przejścia w Chochołowie jest parę podjazdów, ale jakoś to opanowałem. Janek zdążył złapać gumę , więc był czas na odpoczynek. Będąc już po polskiej stronie, zatrzymaliśmy się prze sklepem , aby uczcić browcem zamknięcie pętli. Janek zadzwonił do Leona aby podjechał do nas samochodem. Leon bowiem z Popradu ( gdzie nie kupił odżywek, bo okazały się równie drogie jak u nas ) wracał trasą przez łysą Polanę do Zakopanego i był już na miejscu. Niestety Leon nie przyjechał samochodem, tylko jakby mu mało było pedałowania, lecz rowerem. Musieliśmy się zebrać w sobie i podjechać do Zakopanego. Spakowaliśmy się szybko, droga minęła na wspominaniu doznanych wrażeń. Bardzo udany wyjazd.
dystans - 151 km avs = 15,63 km/h

Oto  nasze wrażenia

  • nam se dażi, to neni możne - marzenia się spełniają, wspaniała perspektywa podróży po globusie
  • motto wyjazdu - "nie opuszczamy żadnej wycieczki, nawet kosztem......."
  • "Holki będą, gorzałka będzie i pivo za 12 koron" - obiecanki gospodarza z Huncowce
  • dla sympatycznego Waldka od przesympatycznej Pani Krysi Gucio pucio w hotelu w Slezskim Domie
  • dwie nowe techniki: pchania i noszenia roweru opanowane do perfekcji
  • zerowe koszty podróży po Tatrach - z lewej Kryniczanka, a z prawej Ustronianka
  • zdobyte: Chata pri zelenom Plese-1551, Slezsky dom-1670, Kralowa Hola-1948 i Sedlo Priehyba-1190m.n.p.m
  • plecak za 10 zł, klapki żony i buty z pedałami w cenie roweru w podróży dookoła Tatr
  • Waldi to dziwny facet - woli nosić w plecaku mineralną a pić wodę z żabami

 

 

 

Utworzono luty 2008