PRAGA CZECHY

PRAGA Hradczany wieczorem

ŁĄCZNIE W CIĄGU CZTERECH DNI GPS ZANOTOWAŁ DYSTANS 724 KM ZE ŚREDNIĄ PRĘDKOŚCIA RUCHU 18,2 KM CO OGLADAJĄC PRZBYTE GÓRKI JEST MYŚLĘ NIEZŁYM WYNIKIEM . NIEZAPOMNIANY BYŁ ZWŁASZCZA ZJAZD Z WYSKOŚCI 800 M DO POZIOMU 500M  I PONOWNA MOZOLNA WSPINACZKA NA POZIOM 800M.

Dałem z siebie wszystko

NIE BYŁO BY TU NIC DO WPSPOMINANIA GDYBY NIE SPOTKANA GRUPA Z OPOLA KTÓRĄ POŻEGNALIŚMY NA JEDNYM SZCZYCIE I ZUPEŁNIE WYPOCZĘTĄ I UŚMIECZNIĘTĄ, SPOTKALIŚMY NA DRUGIM, CZEGO NIE MOGĘ POWIEDZIEĆ O SOBIE ZLANYM POTEM, A LEONOWI WYPADŁ WIDELEC Z RĘKI JAK TO ZOBACZYŁ, BO PRAWIE JEDLIŚMY OBIAD.

   WSTĘP

Leonteam ponownie zwarł szeregi . Tym razem wyznaczył sobie ambitne zadanie dotarcia do Pragi, stolicy naszych sąsiadów. Odległość do celu 400 km od miejsca naszego zamieszkania, zmusiła nas do czterodniowego wyjazdu z zaplanowanymi noclegami w Zamberku, Pradze i nieplanowanego powrotnego noclegu w Kłodzku. Z początkowych dziewięciu ochotników zgłaszających akces, ostatecznie wyruszyło na eskapadę sześciu śmiałków. Muszę tu zaznaczyć, że nie jest to takie proste wyrwać się z domu ( dla własnych przyjemności, pozostawiając rodzinę ), bo przecież wiadomo – żona najważniejsza.  Opuszczenie  domu okupione zostało wieloma nakazami, ostrzeżeniami , uwagami ( również w czasie trwania wyprawy notowanymi w księdze Leonteam ) i telefonami sprawdzającymi, a także zadanymi pracami zarówno przed i po przyjeździe – wszystko po to by utrwalić w głowie bikera, że rower nie jest najważniejszy !!!.

Nie odebrało to nam jednak sił – pomknęliśmy przed siebie jak spuszczone ze smyczy harty.

 Dzień pierwszy  Zabrze – Zamberg 

Dystans 237 km Czas 12:26 h AVS 18,2 KM/H VMAX 61 KM/H

Dystans 200 km kiedyś mnie przerażał. Pamiętam wyprawę do Odessy,wtedy wyjazd wyznaczyliśmy na trzecią rano. Teraz bardziej doświadczeni, pomimo gór i dłuższego dystansu, spokojnie start wyznaczyliśmy na szóstą rano spod sekcji przed kopalnią. Pożegnał nas Waldek, który nie dostał urlopu, zarówno w pracy jak i w domu .

Popędziliśmy w stronę Sośnicowic i dalej w kierunku Kędzierzyna Koźla skręcając ostatecznie na miejscowość Cisek, gdzie przeprawiliśmy się przez Odrę. Pogoda była wyśmienita, więc humory dopisywały.  Koło godziny dziewiątej dwadzieścia zrobiliśmy pierwszą pół godzinną  przerwę w miejscowości Grobniki i tutaj spojrzeliśmy na mapę. Okazało się, że zmierzamy nie do tego przejścia granicznego które mieliśmy w planie, czyli Głuchołazy – Mikulovice. Wynikło to z mojej pomyłki, błędnie zaplanowanej trasy na Głubczyce, które to miejscowości mi się pomyliły. Ciekawym stwierdzeniem było usłyszane z ust Prezesa, że wiedział, że źle jedziemy ale nic nie mówił. Po krótkiej naradzie ustaliliśmy ,że jedziemy do przejścia granicznego w Pomorzniczkach ( 120 km od domu ) około 12 km od Głuchołaz. Przekroczenie granicy koło jedenastej odbyło się bez przeszkód, kierunek wytyczyliśmy na Jesenik . Na spotkanej stacji benzynowej robimy pierwsze zakupy w Czechach – uzupełniamy zapasy wody. Spotkany Czech bardzo dobitnie po czesku wyraził odległość do Pragi, jednak nas to nie zraziło, upewniło nas o naszej wyjątkowości – w załodze było przecież dwóch emerytów. Dotarcie do tej miejscowości zajęło nam niestety ponad pięć ! godzin , co zważywszy na odległość 58km daje obraz trudów jakie przeszliśmy. Przypomnę, że byliśmy obładowani mniejszymi lub większymi bagażami, oraz silnie grzało słońce, więc pot lał się zdrowo. Na drugim wzniesieniu spotkaliśmy mieszaną grupę z Opola, co pocieszyło nas, że nie tylko my zmagamy się z przeciwnościami losu w postaci stromych podjazdów. Z pełną gracją pomknęliśmy w dół w szaleńczym zjeździe, by za chwilę mozolnie wspinać się do góry. Tak pozbawiło nas to sił, że na trzecim wzniesieniu udaliśmy się na zasłużony posiłek zwłaszcza, że było po trzeciej. O sile zmęczenia niech świadczy fakt, że Sławek był tak zmęczony ,że nawet nie mógł podnieść głowy. W wyniku tego najechał na jedyny w okolicy wózek pchany przez wystraszona tym wydarzeniem Czeszkę. Kelner mówił po polsku nie było więc trudności z zamówieniem schabowego przez Romana. Leon natomiast zamówił coś co zdumiało wszystkich , nawet kelner jak to podawał uśmiechnął się pod nosem . Były to 3 kromki bułki week , trochę zasmażanej kapusty i trzy kawałeczki mięsa – trudno się było tym najeść, zwłaszcza gdy patrzał na nasze wypasione porcje. Dodatkowo o mało nie wypadł mu widelec z ręki jak zobaczył przechodzącą obok nas uśmiechniętą grupę z Opola. Musi być jakiś skrót – omijający ten trudny podjazd, no cóż, twardziele nie jeżdżą bocznymi ścieżkami.!

Dotarcie do Jesenika z pełnymi żołądkami to już bułka z masłem. O szesnastej trzydzieści odwiedziliśmy miejscowy sklep Albert robiąc małe zakupy – przed nami jeszcze 60 km , w drodze ponad dziesięć godzin.

Po paru większych i mniejszych gonitwach o dwudziestej dwadzieścia przejechaliśmy koło zamku w Zambergu (240 km ) i dotarliśmy do rynku. Pozostało tylko znaleźć miejsce noclegu, co jak zawsze po dotarciu na miejsce okazuje się najtrudniejsze – chociaż niektórzy wyobrażali sobie to zupełnie inaczej. Na miejscu okazało się, że mało kto wie gdzie śpimy , na jakiej ulicy i u kogo. Okazuje się , że wybrali się na wycieczkę zorganizowaną, jedyny co od nich można wymagać to mocno naciskać na pedały. Tu muszę dodać uwagę odnośnie tępa podróży. Otóż tępo było wyścigowe, zupełnie mi nie odpowiadające, chłopaki po prostu chcieli ciągle sobie udowodnić, który jest lepszy na podjeździe, szybszy na prostej i wytrzymalszy. Jak na wycieczkę krajoznawczą zupełne pomylenie celów .!

Sławek pierwszy rzucił uwagę, że mógłbym chociaż zapisać adres, chociaż był podany na stronie, reszta kręciła się nerwowo. Wyznaczyłem kierunek w zamkniętą drogę, parę zakrętów i dotarliśmy do szukanej ulicy, cóż kiedy zanotowany numer noclegu to siedem na ulicy zaś numery od siedemset do tysiąca. Pora zaciągnąć języka. Romana zlekceważyli, może miał słaby czeski akcent, Leon wszedł na posesję i po chwili mamy dokładniejszy namiar. Wracamy dwieście metrów ( podjazd ! ) i znajdujemy. Rowery lądują w komórce, my w pokojach. Standard niezły, jest kuchnia i lodówka. Cena 350 koron . Miejsce jest na uboczu, więc nie powinno być problemu z noclegiem. Dla zainteresowanych adres znalazłem w Internecie i za pomocą maila zamówiłem to miejsce. Z zamówieniem noclegu było dosyć ciężko, wszystkie odpowiedzi negatywne na zapowiedź jednodniowego noclegu. Powyżej trzech nocy niema problemu. Jedynie Vaclaw odpowiedział pozytywnie i chwała mu za to. Podaje namiar dla potomnych  ZAMBERG Lukavská 851 Žamberk  atrans@seznam.cz  ( teraz widzę, że numer na ulicy to nie siedem, ale widać, że inni też go nie znali). Co robi biker po wysiłku – uzupełnia niedobór płynów i soli mineralnych w organizmie, aby na drugi dzień w pełni sprawny kręcić dalej. Szybki prysznic i już za następnym rogiem znajdujemy spokojną przystań, sole mineralne po dwadzieścia koron. Co prawda gospodarz upomniał nas o niezażywanie soli bo przecież jutro jedziemy, ale nie przejęliśmy się tym . W oczach Jędrka( dwie ledwo tlące się świeczki, które lada moment zgasną J )  siedzącego naprzeciw mnie, widać było trudy trasy. Zamówił kiełbasę ( straszny z niego żarłok – ciągle myśli o jedzeniu ), a że okazała się jadalna i przeżył,  też wszyscy zamówiliśmy  kiełbasę( czasami też trzeba cos zjeść ). Knajpa była typowo czeska, klimat nie do powtórzenia. Potem udaliśmy się do łóżek , rano wyznaczyliśmy start na siódmą. Nikt się nie skarżył , nikogo nic nie bolało – jak w czeskim filmie z polską obsadą. Jechał z nami również Janek ze swoim kochanym plecakiem. Ale niczym się nie wyróżniał, więc o nim nie pisałem, nie wiem nawet czy mu się podobało ?.

 Dzień drugi Zamberg - Praga

Dystans 180 km Czas 8:56 h AVS 20,1 KM/H VMAX 64,4 KM/H

Rano wstaliśmy wcześnie, trochę sie trzeba było porozciągać po długim wczorajszym etapie. Przed wyjazdem z miasta wstąpiliśmy na stację benzynową na małe co nieco i kawę. A potem zaczął się kolejny dzień wyścigu. Peleton gnał równym tempem gdzieś koło 30 km/h, pogoda był niezła, humory dopisywały. Gdzieś 20 km przed Praga zatrzymaliśmy się na obiad, zajęło nam to z godzinę. Z nowymi siłami chłopaki ruszyli do przodu, kręciłem za nimi z wszystkich sił, ale nie dawałem rady. Niedaleko celu odpuściłem, żeby odpocząć, rywalizacja w grupie spowodowała jednak, że nikt na mnie nie zaczekał. Samotnie ruszyłem więc przed siebie, wsparty GPS, w którym miałem zaznaczone miejsce noclegu , gdzieś w centrum Pragi. Zbytnio się nie martwiłem, bo wiedziałem, że trafie, ciekawiło mnie jednak, jak tam trafi reszta. Byłem już w okolicach dworca kolejowego, gdy zauważyłem duża grupę kolarzy na chodniku. To moja ekipa, cierpliwie czekająca na swojego przewodnika, szkoda że tak późno. GPS trochę gubił się wśród wysokich budynków, po chwili jednak byliśmy na miejscu. Hostel w starej kamienicy. W recepcji po początkach po angielsku, pani przeszła na rosyjski. Udało się wprowadzić rowery do pomieszczenia za recepcją i weszliśmy na drugie piętro do 10 osobowej sali, z piętrowymi łóżkami. Sala była pusta z jednym wyjątkiem, na jednej z prycz siedział azjata, z przypiętą na grubym zapięciu walizką do obrzeża łóżka. Niestety z braku znajomości języka , nie zamieniliśmy z nim słowa, co jest nie do pomyślenia. Wzięliśmy szybko prysznic i gdzieś koło osiemnastej wyszliśmy na miasto. Do mostu Karola było pięć minut pieszo, a stamtąd prosto na Hradczany. Wracając wstąpiliśmy do stylowej czeskiej knajpy, racząc się kuflowym piwem. Bohaterowie byli trochę zmęczeni, więc postanowiliśmy trasę dniu następnym trochę skrócić. Postanowiliśmy część trasy pokonać pociągiem. Udaliśmy się więc na dworzec , zwiedzając przy okazji miasto, w celu zakupienia biletów. Dworzec mają duży, trochę na zajęło znalezienie kas , ale udało się. Zmęczeni wróciliśmy do Hostelu. Przysiedliśmy jeszcze koło recepcji na małe piwko, Leon buszował po bezpłatnym Internecie.

Dzień trzeci Praga pociąg do Hradec Kralowe - Kłodzko

Dystans 89 km Czas 6:27 h AVS 18,8KM/H  VMAX 54,6 KM/H

Spało się bardzo dobrze. Pociąg był koło dziesiątej rano, więc postanowiliśmy jeszcze udać się rowerami na Hradczany , żeby zaliczyć ten mały podjazd.  Praktycznie przejechaliśmy już most Karola, zatrzymałem się by nakręcić parę ujęć, gdy zauważyłem jak moich kolegów zatrzymuje policjant. Delikatnie wycofałem się powrotem, minęła mnie okazja wjechania na Hradczany. Czekając na ławce na początku mostu, obserwowałem spacerujące tłumy. Koledzy wrócili po dłuższej chwili. Z opowieści wynikało, że nie wolno jeździć rowerami po mości. Pokuta wynosiła 1000 koron, po pertraktacjach zmalała do 100 koron, ponieważ policjant okazał się rowerzystą. Popędziliśmy na dworzec i po załadowaniu rowerów do osobnego wagonu , wyciągnęliśmy się nasiedzeniach pustego prawie pociągu. Wysiedliśmy w Hradec Kralowe i kierując się GPS podążyliśmy w kierunku polskiej granicy. Była pora obiadu, do granicy niedaleko i trzeba było wydać resztę koron. Zrobiliśmy olbrzymi utarg w przydrożnej Hospodzie. Chłopaki pozamawiały po dwa obiady i wszystko znikło z talerzy, uzupełniliśmy wszystkie braki tak potrzebnej energii. Jadąc do granicy zaczęliśmy się trochę ścigać z dzielną Holką na rowerze, co urozmaiciło trochę naszą podróż. Po przekroczeniu granicy, zbliżaliśmy się do Kudowy Zdroju. Nocleg planowaliśmy w Kłodzku, było trochę czasu, więc skręciliśmy z trasy w celu zwiedzenia Kościółka Czaszek i po chwili byliśmy na miejscu. Wielka ilość zwiedzających nie pozwoliła nam jednak wejść do środka. Po wyjeździe z Kudowy jest nieźle pod górkę, ale potem zaczynają się szaleńcze zjazdy, nie można pozwolić sobie na chwilę słabości. Trasa nie przyjemna z powodu dużej ilości samochodów ciężarowych, nie tolerujących ani odrobinę rowerzystów. W Kłodzku znaleźliśmy nocleg w zamkniętym jeszcze ( ale nie dla nas ) polu campingowym nad twierdzą, mieliśmy cały domek dla siebie. Wymyci i przebrani ruszyliśmy na miasto coś zjeść i na małe zakupy. Rozsiedliśmy się w okolicach rynku. Jeden z nas ( Andrzej )musiał wracać już dzisiaj do domu, więc część odprowadziła go na pociąg do Gliwic. My zaś po plackach po balatońsku , raczyliśmy się zimnym piwem. W dobrych humorach poszliśmy spać.

Dzień czwarty Kłodzko - Zabrze

Dystans 188 km Czas 11:17 h AVS 20,6 KM/H  VMAX 51,3 KM/H

Rano dzionek było wyjątkowo zimny, gdzieś koło pięciu stopni powyżej zera, ręce przymarzały do kierownicy. Poprzedniego dnia doszło jeszcze ustalenie Romana, że nie wraca z nami do domu, lecz jedzie odwiedzić rodzinę gdzieś koło Zielonej Góry. Tak więc rano ruszył w zupełnie innym kierunku. Z szóstki została nas czwórka, która miarowo naciskając na pedały, połykała systematycznie napotkane kilometry. Organizm przyzwyczaił się do roweru, trasa nie sprawiła najmniejszych trudności. Po drodze zjedliśmy obiad i gdzieś koło dwudziestej byłem w domu. Bardzo udany wypad, Praga piękne miasto, jazda w grupie daje zupełnie inne emocje i wrażenia , niż samotne podróżowanie.

Utworzono luty 2008