LITWA ŁOTWA ESTONIA - ROWEREM PO INFLANTACH
WSTĘP 

Zaczynał się rok 2007. Janek i Waldek, z którymi byłem w Odessie (http://rowerek.100free.com), nie wyrażali chęci (dom, rodzina, praca) na dalsze wspólne podróżowanie. Zacząłem więc szukać w Internecie czegoś co by mnie zainteresowało. Natrafiłem (http://www.swetex.prv.pl) na stronę Waldka ( jeden Waldek z drugim nie ma nic wspólnego ). Bardzo mi spasowało bo mieszkał tuż obok, no i planował podróż na Litwę , Łotwę i Estonię, ze zwiedzaniem stolic.

Kontakt mailowy okazał się prosty i już w kwietniu odbyliśmy pierwsza wspólną zapoznawczą wycieczkę. Waldek wcześniej na tę wyprawę umówiony był z Edkiem, którego  również poznał przez Internet. Ja miałem być trzecim uczestnikiem wyprawy.  Edek mieszka w Zawadzkie , pojechaliśmy tam z Waldkiem na rowerach. W jego mieszkaniu, przy kawie, omówiliśmy szczegóły, oglądając wytyczoną na mapie mazakiem trasę. Robiło wrażenie. Termin został ustalony na 21 maja 2007.

Dokonałem niezbędnych zakupów na wyprawę – przednie sakwy i bagażnik, namiot i materac, oraz worek Crosso. Rower otrzymał nowe opony , stopki, łańcuch  i kasetę.

Przez moment miał jechać z nami czwarty uczestnik ,ale coś mu nie wyszło.

Jest to przebieg 34 dniowej wyprawy rowerowej przebiegającej przez Wilno , Rygę i Tallinn. Wyruszyliśmy w trójkę EDEK, WALDEK i ANDRZEJ z Tarnowskich Gór 21-05-2007 roku. W maju przez 11 dni zrobiliśmy 1490 km w czerwcu 2710 w sumie 4200 km .Waldek po 10 dniach ( 1335 km ) zrezygnował z dalszej jazdy w Kłajpedzie - awaria roweru. Wrócił pociągiem ( 161 litów bilet ) z dwoma przesiadkami do Warszawy. Z Edkiem dzielnie walczyliśmy do końca, głównie dzięki jego zawziętości w pokonywaniu kolejnych przeszkód. Spaliśmy w przeróżnych miejscach i poznaliśmy mnóstwo ludzi. Edek doskonale znał historie przebytych terenów , więc moja wiedza ciągle się powiększała. Były i straty. Rower - pęknięte 4 szprychy, wymiana tylniej felgi, naprawa siodełka, które sie rozleciało, pęknięta na pół stopka, zszyta dratwą opona uszkodzona przez pękniętą felgę.. Zgubiłem sandały , okulary i aparat fotograficzny. W namiocie pękł maszt i były problemy z rozbiciem, zgubiłem 2 śledzie. Wydałem w sumie 1500 złotych. Ale jak to mówią - wrażenia bezcenne.

WYJAZD

Umówieni byliśmy w Tarnowskich Górach na stacji benzynowej o godzinie 9. Wszyscy stawili się na czas i pora było ruszać, więc ruszyliśmy dziarsko do przodu, w kierunku Włoszczowej.

Dzień 1            Poniedziałek, 21 maja 2007
 

142.16 km                           07:51 h                                 18.11 km/h

Początek wyprawy bez historii. Świadomi celów mkniemy na spotkanie przygody. W Koziegłowach zatrzymujemy się na pączki i kawę. W Włoszczowej odwiedzamy sławny dworzec kolejowy. Zatrzymujemy 15 km się za Włoszczową, na brzegu jeziorka, tuż przy drodze. Komarów pełno, więc za dużo nie rozmawialiśmy. Na brzegu jeziora rybacy, spaliśmy czujnie.

 

Dzień 2            Wtorek, 22 maja 2007

132.11 km                           07:07 h                                 18.56 km/h

Pierwsza noc pod namiotem jakoś minęła. Obudził mnie dźwięk rozsuwanego zamka  i głos Waldka -  „ Edek co wstajemy ?”. Odpowiedź była pozytywna i zaraz potem usłyszałem syk zapalonego palnika gazowego. Waldek grzał wodę na zupkę chińską. Powoli wygramoliłem się z namiotu i walcząc z komarami, zacząłem się pakować, przegryzając w międzyczasie szybko jakieś ciastko. Pomimo względnego tempa pakowania, okazało się, że jestem  ostatni , co widać było po minach pozostałych i powiedzeniu , że poczekają na mnie na szosie. Zabrzmiało to jakby mieli odjechać, jak się nie pośpieszę, a może jestem przewrażliwiony?. Coś mi to nie pasowało, gdybym tak zaczął i ja gotować pewnie by czekali pół godziny, pomyślałem, że musze przyśpieszyć następnym razem. Ruszyliśmy do przodu, pogoda śliczna. Przejazd przez gminę Przysucha. Zatrzymujemy się nad pustym jeszcze o tej porze jeziorem Radomka przed miejscowością Przysucha, gdzie schładzamy się wchodząc do wody. Chwila oddechu i pomknęliśmy na Białobrzegi, gdzie zjedliśmy obiad ( schabowy ) i zrobili drobne zakupy. Po naradzie udajemy się nad Pilicę, w celu założenia obozowiska. Znaleźliśmy piękne miejsce, nad samą rzeką, woda była czysta, więc od razu zażyłem kąpieli. Rzeka w tym miejscu jest płytka, że można swobodnie przejść na drugi brzeg. Rowery zostały zapięte do drzewa, a my z mapą, ustalaliśmy plany na następne dni. Pogoda dopisuje, komarów brak, można swobodnie porozmawiać. Edek zabrał przewodnik Pascala, więc pięknie czytał bez okularów o tym co wkrótce zobaczymy. Obok pokazało się paru rybaków, jest to miejsce często przez nich odwiedzane, zamieniliśmy parę słów.

 

Dzień 3            Środa, 23 maja 2007

140.21 km                           07:48 h                 17.98 km/h

Rano pobudka w standardowy sposób. Pytanie, odpowiedz, syk palnika, ja ostatni. Muszę nad tym jeszcze popracować. Czuję się trochę jak w wojsku podczas pobudki, z czasem będzie mi się to kojarzyć (ten ciąg następujących po sobie odgłosów ) z początkiem utworu Pink Floyd – „Money”. Ruszamy ostro dalej. Waldek stwierdza luzy w suporcie i w Mińsku Mazowieckim szukamy serwisu rowerowego. Jechałem przodem, po chwili odwróciłem się i byłem sam. Koledzy zniknęli. Pytaliśmy prędzej o sklep rowerowy, więc może pojechali inną drogą. Popytałem i dojechałem do sklepu , niestety ich nie było, komórka też nie odpowiadała. Trochę zdezorientowany nie widziałem co dalej. Jeździłem dwa razy wzdłuż ulicy wypatrując kolegów i nic. W końcu po 20 minutach zacząłem wracać drogą, którą jechaliśmy poprzednio. Znalazłem ich przed innym sklepem rowerowym, Waldek już miał wymieniony suport, tylko dlaczego nikt za mną nie pojechał?. Postanowiłem bardziej uważać. Pojechaliśmy dalej, słońce prażyło nasze plecy. W miejscowości Węgrów zatrzymaliśmy się na obiad w przydrożnym barze. Od tej pory nie będę pisał co jadłem, chyba, że było to coś innego niż schabowy. Jakoś zamarzył nam się camping, okazało się, że był. Po chwili mieliśmy wynajęty domek po 15 zeta od osoby. Domek trochę zapuszczony, wokół kolonia szpaków, które trzeba przekrzykiwać. Jest za to ciepła woda, więc wzięliśmy prysznic. Waldek obmacał tylna część ciała i stwierdził dramatycznie – jest bąbel. Szybko przebrał się i udał do apteki po plastry i maści. My z Edkiem natomiast udaliśmy się oglądnąć Węgrów – nic ciekawego. Zjedliśmy lody w cukierni. W nocy szpaki na szczęście milczały, więc spanie było dobre.

 

Dzień 4            Czwartek, 24 maja 2007

111.42 km                          06:52 h                 16.23 km/h

Dzień bez pakowania, więc wszyscy równo . Hurraaaa!!.  Trasę miałem wyznaczoną przez GPS . Parę kilometrów za Węgrowem lądujemy na szutrze. Żeby wybrnąć z sytuacji tłumaczę, że to najkrótsza droga. Toczymy się i wkrótce wjeżdżamy do lasu. Droga staje się wąska i piaszczysta, czasami trzeba prowadzić rower. Mijamy jakąś wioskę, na pytania o asfalt słyszymy, że zwinęli go dziesięć lat temu. Po następnych 7 km docieramy do asfaltu, dalej już normalnie. Edek stwierdził, że wszystkiego trzeba spróbować, Waldek nic nie mówił. Robimy przerwy w jeździe, bo  słońce mocno praży. Ręka Waldka za każdym razem pełna pudru ląduje w spodenkach. Nie pamiętam już, czy teraz czy później zakupił pieluchy i postanowił w nich jechać dla zmniejszenia dolegliwości. W Zambrowie poszukujemy coś do jedzenia i po pewnym czasie znajdujemy bar. Ja zamawiam normalnie, nawet Waldek zamówił schabowego, Edek jak zwykle indywidualnie, nie pamiętam ale chyba ryba. Dalej udaliśmy się w kierunku brzegu rzeki Narew. GPS znowu prowadzi na szuter i po pewnym czasie polną drogą dojeżdżamy do brzegu rzeki. Niestety rzeka brudna , brzeg wysoki i zarośnięty, brak możliwości nawet zamoczenia nóg. W dodatku komary, ale dało się wytrzymać, chociaż nie było się w czym umyć. Pomimo tego było paru rybaków. Rowery spięte leżą na ziemi. W nocy był niezły spadek temperatury, zziębnięty obudziłem się  i zacząłem cieplej ubierać. Wyjrzałem na zewnątrz. Księżyc wisiał nisko, nad wodą unosiły się kłęby parującej pary. Sceneria brzegu przypominała obraz niezłego filmu grozy. Miało być dzisiaj co najwyżej 100 km, znowu było ponad, Waldek nie był zadowolony.

 

Dzień 5            Piątek, 25 maja 2007

144.30 km                           09:08 h                 15.80 km/h

Wstajemy. Namioty mokre od osiadłej rosy. Wpycham w siebie przygotowane dwa pączki, popijam sokiem. Mam ze sobą palnik gazowy i gaz, ciekawe czy go użyje. Jak co rano walczę ze śpiworem, wgniatając go do małego firmowego woreczka, potem przychodzi kolej na materac samo pompujący.  Kątem oka patrzę na Waldka. Na stojąco wcina dopiero co zrobiona zupkę chińską, bacznie obserwując stan mojego zaawansowania w pakowaniu. Nie zauważyłem dotychczas żeby Edek coś jadł. Zaczynam podejrzewać, że najpierw je, a potem ogłasza pobudkę. Dziwne myśli nachodzą człowieka z rana. Rower przygotowany. Pudruje tyły, które odczuwają trudy podróży, ale nie jest tak źle, żeby nie można było jechać. Za parę dni powinno się wszystko unormować. W planie dzisiaj dojazd do Augustowa. Jedziemy polną droga wzdłuż Bzury, do niezaznaczonego na mapie mostu. Chłopaki nie bardzo wierzą, że tam będzie, ja wierzę w mój GPS. W końcu dojeżdżamy, jest drewniany most, parę fotek i po kilometrze znajdujemy asfalt. Drogą wzdłuż Biebrzańskiego Parku Narodowego kręcimy w kierunku Twierdzy Osowiec. GPS znowu prowadzi w teren , pchamy rowery polna piaszczysta drogą, po obu stronach łany zbóż. Głośnych narzekań nie słyszałem !. Asfalt w dosłownym tego słowa znaczeniu znajdujemy we wsi Okrasin. Polegało to na tym, że spod grubej warstwy łajna krowiego, powoli łatami wyłaniaj się asfalt, by w całej okazałości wyłonić się w okolicach środka wioski. Wrażenie piorunujące. Zatrzymujemy się przy miejscowym sklepie. Chłopaki wykupują wszystkie kołaczki i ucinają rozmowę z miejscową ludnością, która tłumnie waliła na nasze powitanie. Pozostaje mi zjeść loda. Tniemy dalej. Przed Osowcem spotykamy parę sakwiarzy, okazuje się z Holandii, jadą na Kraków. Pozdrowienia i ruszamy. W twierdzy Osowiec okazuje się, że niemożliwe jest jej zwiedzenie. Jest to teren jednostki, wejście z przewodnikiem po uprzednim umówieniu, najlepiej dzień wcześniej. Zainteresowanym przypominam, że warto o tym pamiętać. Zwiedzamy tylko w okolicy dostępne szczątki umocnień. Waldek wymienia uszkodzone łożysko w lewym pedale, ma jeszcze jedno zapasowe. Ciekawe, kto jeszcze wozi zapasowe łożyska do pedałów?. W okolicach Dolistowa przejeżdżamy skręt na Białobrzegi, wnet jednak wracamy na właściwy trakt. W Dolistowie Waldek podczas krótkiej przerwy na przystanku wcina konserwę rybną, Edek natomiast w tym czasie opowiada historię najazdu szwedzkiego. Na Białobrzegi do wsi Jasionowo 17 km szutru, droga piękna wzdłuż wijącej się mnóstwem zakoli rzeczki, chociaż wytrzęsło nas zdrowo. Po pewnym czasie dojeżdżamy do Kanału Augustowskiego, na śluzę Dębowo. Zjeżdżamy do śluzy i moczymy nogi w wodzie. Upał jest niezły, cały oblewam się orzeźwiającą wodą.  Pędzimy w kierunku Augustowa. W czasie kolejnej przerwy dochodzi do chwili prawdy. Waldek daje mi do zrozumienia, że przyłączyłem się do wyprawy i zostałem przyjęty, więc nie mogę stawiać własnych warunków, tylko cicho siedzieć. Jako zarzuty mojej winy podał, dystanse dzienne ponad 100 km !, chodzenie na obiady do restauracji !!, jazda z prędkością ponad 27 km/h !!!. Rozgoryczony stwierdził, że gdyby wiedział, że będzie inaczej to by nie jechał. Przemilczałem wszystkie zarzuty, zrzuciłem to na karb wysokiej temperatury, przemęczenia i bolącego tyłka. W Augustowie Waldek postanowił kupić nowe siodełko i zaczęliśmy szukać sklepu rowerowego po raz kolejny. Atmosfera była trochę napięta, obiadu na razie nie jedliśmy. Wykorzystując, że Waldek kupuje siodełko wskoczyłem na hamburgera, żeby coś wrzucić na ząb, chociaż czułem się jak przestępca, przecież inaczej się umawialiśmy, gotować mieliśmy sami. Siodełko kupił i udaliśmy się na rynek, gdzie zgodnie zjedliśmy lody w kubku. Po naradzie udaliśmy się w stronę granicy ( dzień bez obiadu – sic! ) , szukając po drodze miejsca na nocleg. Parę kilometrów za Augustowem był znak informacyjny kierujący nas do lasu na pole namiotowe. Droga okazała się niezdatna do poruszania się rowerem , blisko 3 km pchaliśmy dzielnie nasze sakwy, by dotrzeć w końcu na nieczynne jeszcze pole namiotowe nad jeziorem Serwy. Rozbijamy się szybko, komary w normie. Edek rozpala ognisko, siedzimy i gadamy. Jutro wjazd na Litwę. Woda w jeziorze czysta , myję się i podziwiam piękno okolicy Idziemy spać, znowu grubo ponad 100 km .

 

Dzień 6            Sobota, 26 maja 2007

125.77 km                           07:52 h                 15.99 km/h

Rano pakowanie idzie mi coraz lepiej, chociaż nadal jestem ostatni i muszę ich gonić. Znajdujemy inna drogę do szosy, wkrótce jest asfalt i nie musimy pchać rowerów. Szosa do granicy prosta, odbijamy na Sejny. Tu w kantorze wymieniamy po 50 euro ( jakieś 140 litów ), robimy zakupy,. Konserwy , zupki i do granicy. Przed granicą zdjęcie i po chwili jesteśmy na Litwie. Łapiemy chwilę oddechu na napotkanej stacji benzynowej, i przez Lizidaj kierujemy się na Druskieniki. Czeka nas szereg niezłych podjazdów, a że było gorąco, postanowiliśmy odpocząć nad wodą w miejscowości Veisiejai. Mijamy dużo opuszczonych drewnianych zapuszczonych domów, pola to ugory. Rozkładamy się nad brzegiem jeziora Arcis ,woda ciepła, więc idę popływać. Po dwugodzinnym odpoczynku ruszmy na Druskieniki, znane przedwojenne uzdrowisko. Po I wojnie światowej miasto znalazło się na terytorium Polski. Popularność uzdrowiska wzrosła znacznie dzięki Józefowi Piłsudskiemu, który wielokrotnie w nim wypoczywał. W 1934 r. doprowadzono do Druskienik linię kolejową . Miasto przywitało nas festynem i muzyką. Chodziliśmy wśród szeregu straganów oferujących przeróżne towary. Z Edkiem załapujemy się na szaszłyka za 10 litów, był spory, więc się najedliśmy. Chłopaki opili się kwasu chlebowego. Spotykamy Litwina mówiącego po polsku, oferującego nocleg. Zostawił adres i telefon. Opuszczamy miasto drogą na Wilno. Zaczyna się chmurzyć. Edek skręca w kierunku mijanego jeziora Ilgis, koło miejscowości Grutas  i na opuszczonym o tej porze miejscu do plażowania, w tempie wojskowym, rozbijamy namioty. Po minucie zaczyna padać, zdążyliśmy się rozbić.  

Dzień 7            Niedziela, 27 maja 2007

121.71 km                           06:47 h                 17.94 km/h

Pogoda się poprawiła, jest słonecznie . Jedziemy drogą na Wilno, cel dzisiejszy to Troki. Zamek na wyspie, dawna rezydencja wielkich książąt litewskich, gotycki, zbudowany przez wielkiego księcia Witolda na pocz. XV w. na Wyspie Zamkowej jeziora Gałwe.  Trzeba było odbić na Troki z głównej drogi, więc znowu zaliczamy 20 km szutru, jak się wolno jedzie można podziwiać widoki. Docieramy do celu w godzinach popołudniowych. W drodze do zamku postanawiamy zostawić rowery na strzeżonym parkingu. Starsza kobieta na parkingu okazuje się polką. Opieramy rowery o pobliski dom, zabieramy co potrzeba, 10 litów ląduje w kieszeni szefowej parkingu. Idziemy na zamek, po drodze lody i cola. W kasie zamku walka o zniżkowe bilety dla emerytów, płacimy 4 zamiast 8 litów. Cała obsługa mówi po polsku, więc pertraktacje również były po polsku. Zwiedzanie, doszukuje się jakiś śladów polskości tych ziem, ogólnie brak. Edek kupuje 15 kartek ze znaczkami, okazuje się, że ma dużo znajomych. Po zwiedzaniu idziemy do knajpy karaimskiej. Jemy jakiś karaimski przysmak, nie był to schabowy, za 22 lity , więc raczej drogo, do tego kwas chlebowy. W między czasie zdrowo się rozpadało, schronieni pod dachem nie przejmowaliśmy się. Wychodząc wstąpiliśmy do Kienesa. Troki to miasteczko karaimskie. Niegdyś Karaimi mieszkali w Trokach wyłącznie przy jednej długiej ulicy, zwanej Karaimską. Obecnie mieszka tu kilkanaście rodzin karaimskich, łącznie ok. 60 osób. Kienesa czyli świątynia karaimska, drewniana, zbudowana w XVIII w., niszczona podczas pożarów w 1794 i 1812, odbudowana, remontowana w l. 1894-1904. Jest to budowla wzniesiona na kamiennej podmurówce, na planie zbliżonym do kwadratu, nakryta czterospadowym łamanym dachem polskim, zwieńczonym niedużą czworoboczną wieżyczką. W środku siedział pan, który ożywił się dopiero jak Edek wrzucił datek. Okazało się, że mówi po polsku. Znowu poznaliśmy kawałek historii tego miejsca. Po  przyjściu na parking zastaliśmy rowery okryte grubą folią. Pani zadbała, żeby nic nie zmokło. Pomogliśmy w jej zwinięciu. Ruszamy w kierunku Wilna, w poszukiwaniu noclegu. Po pewnym czasie trafiamy w środek lasu na polankę. Teren nierówny, komary w normie. W nocy budzi mnie odgłos niezadowolonego dzika, widocznie weszliśmy na jego teren. Humory dopisują, wrażeń sporo.

 

Dzień 8            Poniedziałek, 28 maja 2007

115.76 km                          09:16 h                 12.49 km/h

 Rano wcześniej wstajemy, krótkie pakowanie i bocznymi drogami jedziemy na Wilno, stolica Litwy (do 1939 stolica województwa wileńskiego), na Pojezierzu Wileńskim, nad Wilią, u ujścia Wilenki; ośrodek przemysłowy; port lotniczy, węzeł kolejowy i drogowy; ośrodek kulturalny i naukowy, uniwersytet (zał. w 1579), cenny zespół obiektów zabytkowych wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO w 1994; główny ośrodek kultury polskiej na Litwie. Wilno zamieszkują (dane za 2001): Litwini 57,8%, Polacy 18,7%. Przywitał nas sznur samochodów na dwóch,  a czasami i trzech pasach. Włączyliśmy się do tego krwioobiegu i powoli zmierzaliśmy w kierunku serca, czyli starówki. Prze napisem Wilno robimy zdjęcie, przy użyciu statywu. GPS prowadzi jak po sznurku, po pewnym czasie docieramy do cmentarza na Rossie. W 1820 roku opiekujący się wówczas cmentarzem na Rossie księża misjonarze otoczyli go murem. Poza jego obrębem, tuż przy wejściu głównym, jest niewielki cmentarzyk wojskowy. Oprócz 164 żołnierzy polskich poległych w walkach o Wilno w latach 1919-20 pochowano tu też tych, którzy zginęli w 1939 r., oraz 76 akowców, ofiar walk podczas operacji "Ostra Brama" w 1944 roku. Wszystkie groby są jednakowe (choć na akowskich widnieje charakterystyczna "kotwica"), ustawione w równych szeregach. Pomiędzy nimi uwagę zwraca wielka płyta z czarnego granitu. Spoczywa tu Maria z Billewiczów Piłsudska, matka słynnego Marszałka, która zmarła w 1884 roku, a pochowana była najpierw w grobie rodzinnym w litewskich Sugintach. U jej stóp umieszczono srebrną urnę z sercem Józefa Piłsudskiego (ciało spoczęło w katedrze na Wawelu). Nie ma na płycie ani imienia, ani nazwiska, ani żadnej daty. Pod zwykłym, prostym krzyżem jest tylko napis "Matka i Serce Syna" oraz cytat z "Beniowskiego", jako że Słowacki należał do ulubionych przez Marszałka poetów. Zwiedzamy cmentarz i robimy zdjęcia. Warto odwiedzić to miejsce. Podążamy do Ostrej Bramy, wileńska brama, wewnątrz której znajduje się kaplica z obrazem Matki Boskiej Ostrobramskiej. Na Bramie pierwotnie znajdował się napis w języku polskim "Matko Miłosierdzia, pod Twoją obronę uciekamy się", jednak w 1867 r. z polecenia Rosjan usunięto go zamieniając go na łaciński. Po odzyskaniu Wilna przez Polskę pierwotny napis przywrócono, jednak po 1946 roku ponownie go usunięto zastępując łacińskim. Przy bramie pełno ludzi, prawie odbywa się msza w języku polskim, słychać śpiew. Odnoszę dziwne wrażenie, że nie opuściłem Polski. Idziemy dalej . Stare miasto pięknie odnowione i zadbane, przyjemnie i miło. Wchodzimy do cukierni na kawę i ciastko, znowu słychać  polski. Idziemy w kierunku ratusza. Waldkowi dzień prędzej pękła szprycha od strony kasety i w informacji dowiedzieliśmy się, gdzie są sklepy rowerowe. Po podaniu adresu, GPS planuje trasę i ruszamy. Znajdujemy sklep, ale okazuje się ,że nie mają serwisu. Jakoś jednak wyszło, że to zrobią. Czekamy  chwilę, Waldek wychodzi zadowolony bo chcieli tylko 1 lita. Ruszmy na dalsze zwiedzanie. Oglądamy uniwersytet, katedrę, arsenał i ciężko wspinamy się na górę Trzykrzyską. Tutaj podziwiamy panoramę całego miasta. Gedimino prospekt to ostatni cel zwiedzania. Szukamy poczty w celu znalezienia kleju. Zapomniałem napisać, że Edek kupił w  Trokach znaczki bez kleju i nie mógł wysłać kartek. Na poczcie pani w okienku trochę się uśmiała, wzięła znaczek i odkleiła podkładkę pod znaczkiem, a następnie go przykleiła. Okazało się , żeby przykleić znaczek wcale nie trzeba go ślinić. Niezły obciach !!. Przed opuszczeniem Wilna opanowuje sklep i jem sałatkę z bułką, jakoś usilnie zgłodniałem. Ruszamy drogą w kierunku Kiejdan. Zaczynają się małe pagórki. Znajdujemy po poszukiwaniach , bo teren podmokły , nocleg koło drogi, za kępką drzew w wysokiej trawie. Edek reperuje zerwaną przednią linkę hamulca, idzie mu to bardzo nieudolnie, widać, że nie ma do czynienia z naprawą rowerów. To była jego jedyna awaria roweru ( stary Author, bez amora i pozaklasowa przerzutka, ale ciągnął !), nielicząc rozregulowanej tylniej przerzutki. Morał – ma bezawaryjny rower( czyżby Toyota ?), więc nie musi się znać na naprawach. Komarów brak – to plus. 
 

Dzień 9            Wtorek, 29 maja 2007

158.84 km                           08:21 h                 19.02 km/h

Niebo bez chmurki. Tego poranka postanowiłem wygrać wyścig na pakowanie. Zamek, pytanie, potwierdzenie, zapalenie palnika gazowego, otwieram namiot. Udając zaspanego, systematycznie pakuje rzeczy. Widzę Waldka, który macha energicznie łyżką z zupą, by za chwile rzucić się do pakowania. Śpiwór i materac już miałem spakowane , nic nie jadłem , więc nie miał szans. Po dziewięciu dniach byłem pierwszy, patrzałem na nich zadowolony, chociaż nadal nie wiedziałem o co im chodzi z tym pakowaniem. Jak się człowiek śpieszy to się diabeł cieszy. Zapomniałem zapiąć jedną z gum mocujących worek i hak wszedł między szprychy. Było to powodem naderwania szprychy, pojawiły się pęknięcia na feldze, które po następnym tysiącu kilometrów, jak się później okazało, zaowocowały jej wymianę. Zgubiłem też jednego śledzia, niech mu ziemia lekką będzie. Na Kiejdany jechaliśmy drogą Edka, która niestety po pewnym czasie się skończyła. Edek zasięgnął języka. Okazało się, że w czasach radzieckich kursował tu prom, teraz nie. Pozostało znaleźć inną, niestety było to prawie 40 km szutru. Droga nie najlepsza, trzęsawka na której  pozbawiłem się przytroczonych do worka klapek. Wszystko przez poranny pośpiech, zawsze były w worku. No trudno zostałem tylko z moimi SPD. Szuter się skończył, mijamy wioskę i znowu szuter, a więc to tylko asfalt przez wioskę. Docieramy do miejscowości Bukonys . Na widnokręgu potężne chmury, wiadomo, że będzie burza. Wykorzystujemy solidny przystanek autobusowy do jej przeczekania. Po godzinie jest jeszcze mżawka, postanawiamy jechać dalej. To był jedyny dzień jak się później okazało, w którym zmoknęliśmy. Zmoczeni docieramy do Kiejdan, miasto siedmiu rynków. Przejeżdżamy uliczkami, obok synagog, miasteczko zapuszczone, nie odniosłem dobrego wrażenia. Zmarznięci wchodzimy do cafe trochę się posilić. Zamawiam pieczeń z frytkami za 12 litów, chłopaki też. Wychodzi słońce i trochę schniemy. Małe zakupy w sklepie, trochę słodyczy i lody. Ruszamy na Kłajpedę. Edek ciągnie ostro do przodu , aż dostał reprymendę od Waldka, że nawet nie ma czasu rozebrać kurtki. Dostajemy się na E85, gdzie jedziemy szerokim poboczem. Zatrzymuje nas policja. Okazuje się, że tą drogą rowery nie mogą jeździć. Edek wyciąga mapę i pokazuje gdzie jedziemy. Policjant pokazuje gdzie mamy zjechać i każe po rusku ostrożnie jechać poboczem. Obyło się bez mandatu, pepik by nie przepuścił. Zjeżdżamy na równoległą drogę, zaczynają się ponownie pagórki. Co 20 km robimy przerwy, Waldek sypie puder. Nadszedł czas szukania noclegu. Teren zabudowany, jedziemy , jedziemy i nic. Zdesperowany Edek proponuje rozbić się 5 m obok drogi , w środku wsi na zupełnym widoku. Nie zgodziłem się. Namówiłem ich na skręt z tej drogi na pierwszym skrzyżowaniu. Skręcamy w lewo, los mi sprzyja, znajdujemy piękne miejsce, na wzgórzu, no i komarów brak, czyli można swobodnie porozmawiać o jutrzejszym dniu i dzisiejszych wrażeniach. Mój palnik gazowy nadal nie ruszony, okazuje się, że można przeżyć.

 

Dzień 10            Środa, 30 maja 2007

143.65 km                           07:40 h                 18.74 km/h

Etap wyszedł znowu grubo ponad 100 km. Rano wstajemy po piątej i przed szósta wyjazd. Nadal pagórki, lasy i pola, odpoczywamy co piętnaście, dwadzieścia kilometrów. Przed Kłajpedą silny przeciwny wiatr prawie zatrzymuje nas w miejscu. Waldek zgłasza problemy z rowerem, coś mu przeskakuje w napędzie i trzeszczy. Docieramy do centrum miasta, Edek w informacji pyta o camping. Zwiedzamy rynek i nadbrzeże, potem siadamy na ławce w centrum. Waldek oznajmia, że z powodu awarii roweru , nie jedzie dalej. Napęd może się rozlecieć na trasie i wtedy będą problemy. Twierdzi, że źle mu założyli kasetę podczas wymiany szprychy. Nie usłyszał od nas słów, żeby nie rezygnował, jakoś tak wyszło. Poszukaliśmy dworca, kupił bilet za 161 litów do Warszawy, z dwoma przesiadkami. Pomimo, że pociąg był za godzinę, wybrał inny, odchodzący jutro o szóstej rano. W trójkę więc jeszcze, podążyliśmy na camping. Trochę się go naszukaliśmy, po drodze było parę ale – ERASMUS — co znaczy nieczynne, o czym nie wiedzieliśmy, jadąc prawie kilometr w las, a przecież przy drodze wyraźnie pisało. Musieliśmy wrócić i prawie 20 km od Kłajpedy camping się ukazał. Namiot 10 litów, ale jak się okazało później od człowieka 5 i za rower 5 w sumie 20 – strasznie dużo. Poszliśmy na obiad i piwko ( 14lit i 4 lity ). Prysznic okazał się też płatny 5 litów, więc go odpuściliśmy, co dziwne Waldek, którego czekał długa podróż, też nie skorzystał. Po rozbiciu spacer nad morze, piękna, piaszczysta plaża, żyć nie umierać. Na polu namiotowym chwilę rozmawialiśmy z samotnym Niemcem jadącym rowerem do Moskwy i spanie. W nocy o czwartej Waldek spakował się i odjechał. Nie wychodziłem z namiotu. Tak pożegnaliśmy się z Waldkiem. Cóż mogę powiedzieć. Zabrał ze sobą jasiek do spania, garnek z rączką, termos w którym codziennie rano parzył kawę, którą pił na postoju, puszki rybne i mięsne, no i z 20 zupek. Kawę przestał parzyć gdzieś po ósmym dniu, ale nie dociekaliśmy dlaczego. Prowadzi własną stronę w Internecie, prowadził notatki z podróży i zamieścił swój opis. Na naszej linii panuje dyplomatyczne milczenie, ciekawe czy zobaczę zrobione przez niego zdjęcia.

 

Dzień 11            Czwartek, 31 maja 2007      1490 km w maju

154.25 km                           08:03 h                 19.16 km/h

Spaliśmy na campingu Karkle, nie polecam ze względu na ceny ustawione pod Niemców. Rano już w dwójkę suniemy do przodu. Tempo znacznie wzrosło, droga prosta , ruch mały , zachmurzenie średnie. Do Palangi dotarliśmy szybko, pogoda była niepewna, więc tylko małe zakupy i w kierunku granicy. Sklepy są doskonale zaopatrzone, więc trzeba uważać, żeby nie wydać wszystkich pieniędzy. Na Łotwę wjeżdżamy bez przeszkód, ja na dowód Edek na paszport. Nie mamy wymienionych łatów, ale się tym nie martwimy. Droga pusta przez zalesione okolice. Docieramy do Liepaji. Zaraz za bazarem znajdujemy bank i wymieniamy 50 euro ( około 33 łatów ). Naprzeciw banku wchodzimy do bistro i jemy obiad za 1,5 łata – tanio i smacznie. Najedzeni ruszamy na zwiedzanie miasta i nadbrzeża. Robimy fotki przy pomniku tych, którzy nie wrócili z morza. Edek standartowo w informacji wypytał o campingi. Jedziemy na północ, bez limitu czasowego i kilometrów. Koło siedemnastej pogoda się psuje. Niebo szare, pokazuje się mgła, jest ponuro. Szukamy campingu z domkiem, żeby nie zmoknąć. W miejscowości Sakasieja jest znak. Zbaczamy z drogi kilometr, niestety camping Erasmus , w dodatku gonią nas dwa wilczury. Spieprzamy ile sił w pedałach. Tak w ogóle, to cztery razy goniły nas psy, co znacznie przyspieszyło naszą średnią prędkość podróży. Snujemy się dalej ponurą szosą, jest coraz później i nagle następny znak. Skręcamy w lewo, pies standartowo na powitanie, ale czujny gospodarz przywołuje jego i nas. Po pertraktacjach wynajmujemy 5 osobowy domek za 6 łatów ( tanio ). Mamy czajnik, jest gorący prysznic, z którego skwapliwie korzystamy. Po kąpieli idziemy nad morze, kamienista plaża ma swoje uroki, towarzyszy nam pies właściciela. Miejsce urokliwe, pełne swojskich akcentów, tylko mnóstwo komarów. Polecam, to gdzieś kilometr za miejscowością Strante.  Dla ciekawych sami zobaczcie -  www.baltmuiza.viss.lv . W nocy porządnie lało. Korzystając z czajnika jem pierwszą chińską zupkę. Jest gorąca, nie sposób szybko zjeść – „Jak ten Waldek to robił ?”- nasuwa mi się myśl .

 

Dzień 12            Piątek, 1 czerwca 2007

108.80 km                           06:41 h                 16.28 km/h

 Rano na śniadanie pasztet z chlebem. Niebo zachmurzone, jedziemy w kierunku Ventspils, znanego portowego miasta. Dojeżdżamy w miarę szybko, w porze obiadowej. Znajdujemy Bistro i za 2 łaty jemy to co zwykle. Obok zajada para niemieckich rowerzystów. Krótka rozmowa, przyjechali promem z Kilonii i jada do Rygi. Najedzeni zwiedzamy miasto i szerokie nadbrzeże. Robimy zdjęcia. Miasto ładne i zadbane. Edek w informacji otrzymuje namiar na camping. Pora ruszyć w kierunku półwyspu Kolka. Jedziemy pofałdowaną drogą,  a przecież obok jest brzeg morza. W dodatku wydaje się jakbyśmy ciągle jechali pod górę, ale GPS tego nie potwierdza. Przeciwny wiatr nie jest naszym sprzymierzeńcem. Nagle asfalt się kończy. Z boku drogi zauważam poznaną wcześniej parę Niemców, z niedowierzaniem studiującą mapę. Mijamy ich i kiwam, że dobrze jadą na Kolkę. Po kilometrze odwróciłem się, zauważyłem , że jadą za nami. Po 12 km ukazał się znak campingu, skręciliśmy, Niemcy pojechali dalej , chociaż już prawie osiemnasta. Nie mają szans dojechać do Kolki po tej drodze. Camping był miejscowości z latarnią morska Mikeltornis. Rozbicie namiotu 3 łaty od osoby , domek 5 łatów – wybraliśmy domek. Ładne miejsce, dużo domków i przestrzeni, no pełno komarów. Jest bar z napojami. Woda do kąpieli letnia, może początek sezonu ?. Domek duży, rowery weszły do  środka. Wieczorem spacer nad morze, plaża przepiękna i szeroka. W nocy lało.

 

Dzień 13            Sobota, 2 czerwca 2007

69 km                   04:35 h                                 15.33 km/h

Pięćdziesięcio kilometrowy odcinek szutru podzieliliśmy na dwa dni, zwłaszcza, że trochę już przejechaliśmy. Spaliśmy na campingu Mikeltornis, bo pogoda była niewyraźna. Rano w trasę, od razu przeciwny wiatr. Walka z tarką na drodze, kamieniami, wiatrem i kurzem. Co jakiś czas przejeżdża w szaleńczym tempie samochód , wzniecając tumany kurzu. Edek równo sunie do przodu, staram mu się dorównać.  Nie  da się nic zrobić , ponad dwie godziny trzęsałki. Pod koniec, jakieś 9 km do celu doganiamy parę wcześniej poznanych Niemców. Przyjacielskie machania i krótka rozmowa. Spali na dziko na plaży, przy tym zatrzęsieniu komarów podziwiam ich wyczyn. W końcu ukazuje sie asfalt, wita nas Kolka. Drogą na wprost docieramy do półwyspu. Zmęczeni fundujemy sobie kawę (0,50 ) i ciastko (0,21), a potem sesja zdjęciowa na pięknej plaży. Dzień jest piękny, więc postanawiamy się więcej nie męczyć. Robimy drobne zakupy i mijając Kolkę, zatrzymujemy sie na pierwszym napotkanym polu namiotowym w miejscowości Purciems. Rozbicie namiotu 2 łaty od osoby, są prysznice i toalety. Idziemy na plaże , ale wiatr nie pozwala tam przebywać, jest zupełnie pusto. Opalamy się schowani za budę rybacką. Wieczorem jadę do sklepu po kiełbasę. Gospodarze zapewniają gościom drzewo na ognisko za darmo. Smażymy pyszne kiełbaski w jednym z licznych miejsc wyznaczonych do tego celu na terenie biwaku. Edek okazuje się mistrzem rozpałki. Pełny luz i wypoczynek. Jest ciepło, nie ma komarów i mamy w końcu dobre humory- no more szuter !!!.

 

Dzień 14            Niedziela, 3 czerwca 2007 128 km

128,1 km                             07:17 h                                 17.53 km/h

Ryga zbliżała się coraz bardziej, po drodze była Jurmala. Droga prowadziła brzegiem morza, widoki niezapomniane. W Jurmali opanowaliśmy bar, gdzie jadłem zupe o nazwie solanka za 0,69 łata i dwa naleśniki ( brrrr….) za 0,60 łata i to dopchałem ciastkiem za 0,21 łata. Najedzeni udaliśmy się na miejscowy deptak w celu konsumpcji lodów i podziwiania miejscowego folkloru. Deptak podobny do tego na Krupówkach, pełno knajp i sklepów i miejscowego kolorytu. Wszystko to jednak takie radzieckie, parę knajp się wybija, gdzie siedzą miejscowi noworysze, co wyraźnie widać po ich zachowaniu. Idziemy na plaże, szeroką, piaszczystą pełną  ludzi i głośnej muzyki. Leżymy ze dwie godziny, malując przy okazji, na przeznaczonym do tego celu miejscu, nazwy miejscowości z których przybyliśmy. Ruszamy dalej, jednak Edek stwierdza, że jest jeszcze czas na rozbicie namiotu. Tak więc, znajdujemy jakieś jezioro i odpoczywamy do osiemnastej.  Następnie jedziemy w kierunku Rygi i w jakimś lesie rozbijamy namioty. Tutaj musiałem założyć czapkę na głowę, chmara komarów nie dawała szans nawet oddychać.

 

Dzień 15            Poniedziałek, 4 czerwca 2007 174 km

174 km                 10:37 h                                 16.57 km/h

Rano pobudka o czwartej  i jedziemy do Rygi. Korzystając z braku ruchu szybko docieramy do centrum.  Znajdujemy skwer z ławkami, przed przejechaniem mostu prowadzącego na stronę starego miasta. Jemy śniadanie, wpadam na pomysł, żeby ugotować zupkę i robię to. Edek robi sobie herbatę. Stare miasto, puste w porannych godzinach, nie wywarło na mnie tak dużego wrażenia, jak Wilno. Kamieniczki czyste i zadbane, nie cofamy się jednak tak głęboko w czas jak w Wilnie. Robimy fotki domów i licznych kościołów, korzystając z przewodnika Edka, czytamy o Rydze. No cóż, pora dalej. Jadąc ulicami Rygi mijamy szereg pięknych secesyjnych kamienic, to miasto ma swój urok. Przed wyjazdem standartowo zakupy w markecie, cholera wydałem ponad 5 łatów, jak to mówi Edek – „Człowiek głodny nie powinien wchodzić do sklepu „. Wpadamy na słynną Via Baltica.  Jest boczny pas, więc da się jechać. Słońce świeci, droga płaska, co chwila widać morze, więc napinamy do przodu. Obiad jemy w miejscowości Salacgriva, przed granicą. Tutaj zupę i schabowego zjadłem za 3,6 łata, Edek znowu ryba. Granica z Estonią. Robimy fotkę na granicy EESTI i przez chwilę gadamy z kierowca Tira, który był z opolskiego, krajan Edka – znowu fotka. Estonia przywitała nas umiarkowanym ruchem, lasami i piękną pogodą. Parę kilometrów za granicą jest ścieżka rowerowa opuszczająca Via Baltica, prowadząca wzdłuż wybrzeża, ale nieskorzy staliśmy. Dopiero w miejscowości Khyazdemeeste zjeżdżamy z drogi. Znajdujemy bankomat i wypłacam 500 koron, szukam sklepu i robię pierwsze zakupy. Dalej jedziemy już ścieżką rowerową, która niestety się wkrótce kończy, doprowadzając do Via Baltica. Postanawiamy zakończyć na dzisiaj trasę i w pięknym sosnowym zagajniku rozbijamy namioty. Komarów brak, więc rozkładamy maty i możemy spokojnie porozmawiać o planach na następne dni. Spodobała mi się kuchenka gazowa. Wieczorem zawsze grzeję wodę na kawę ( 3 w 1 ) i zajadam się polskimi andrutami powszechnie dostępnymi.

 

Dzień 16            Wtorek, 5 czerwca 2007  144 km

144,7 km                             07:11 h                                 20.42 km/h

Wstajemy jak zwykle wcześnie , wkrótce dojeżdżamy do Palangi . Jest ciepło, mamy czas, jedziemy na pusta jeszcze plażę i opalamy się ze dwie godziny. Miasto rozwija się i jest ładne, plaża czysta i przestronna, nawet brałem kąpiel. Potem znajduje klub internetowy i wysyłam pozdrowienia. Kierujemy się na Tallin, aby jak najbliżej podjechać do miasta, by wcześnie rano je zdobyć. Na trasie skręcamy ( był znak ze sztućcami ) do miejscowości Myaryamaa, gdzie znajdujemy PUB 66 , jemy obiad standardowy za 69 koron – tanio. Rozbijamy się jakieś 25 km prze stolicą Łotwy. Pomimo słonecznego dnia, w nocy był duży spadek temperatury, znowu musiałem się cieplej ubrać. W nocy praktycznie cały czas jest jasno. Nad nami motolotnie, ciekawie przyglądają się z góry naszym namiotom. Komarów nie było, więc poczytaliśmy o historii Łowy i o Tallinie. Tak przygotowany śmiało mogłem ruszyć naprzód.

 

Dzień 17            Środa, 6 czerwca 2007

72,94 km                             04:21 h                                 16.97 km/h

Bocznymi drogami docieramy do centrum. Trochę trąbiły na nas liczne tutaj trolejbusy. Ruch mały, docieramy do parku obok wysokiego miasta. Znajdujemy ławkę i zaczynamy się posilać, by nabrać sił przed zwiedzaniem. W 1265 zaczęto budowę największych w tej części  ziem fortyfikacji, z murami liczącymi 2,5 kmśredniowiecznej Europie), do 16 mbasztami. Wkrótce mocno pod górę i wchodzimy wewnątrz murów. Jesteśmy przy dużej cerkwi. Zaglądamy do środka, by poczuć nastrój prawosławia. Następnie malowniczymi uliczkami zagłębiamy się w czas , który przeminął. Tutaj swobodnie można wyobrazić sobie, jak kiedyś wyglądało życie, można zapomnieć, który mamy obecnie rok. Z licznych miejsc widokowych podziwiamy panoramę Tallina, w tym niskiego miasta. Schodzimy do niskiego miasta, równie pięknego. Mnóstwo wycieczek krąży labiryntami uliczek z zachowaną starą zabudową. Docieramy do rynku z ratuszem, parę fotek , pamiątki i trzeba ruszać dalej. To urokliwa miejsce, polecam !. Postanawiamy dziś wypocząć i parę kilometrów za stolicą znaleźć obozowisko nad brzegiem morza. Opuszczając Tallin jedziemy drogą ułożona z betonowych płyt, ułożonych jeszcze za czasów Adiego. Strasznie trzęsie, wypadła przytroczona do worka dwu litrowa butelka z piciem. Wkrótce rozjechał ją Tir. Tak w upalny poranek pożegnałem się z zapasami picia. Sznur ciężarówek usilnie stara się nas zepchnąć na szutrowe pobocze. Nie dajemy się. Zaczyna się asfalt, z szerokim oddzielonym ciągłą linią poboczem. Jest dużo bezpiecznej, śmigamy do przodu.Wybieramy  Kaberneeme, mocno zbaczając z trasy. Wybór okazuje się trafiony, na pięknym cyplu rozbijamy namioty. Piękne widoki, spokój ( nie licząc głośnej kolonii mew śmieszek ), kamienista plaża. Morze za zimne, żeby się kąpać, ale moczę długo nogi. Leżymy i opalamy się , komarów brak. W porze obiadowej jedziemy do zauważonej w wiosce knajpy. Ceny okazują się mało atrakcyjne, zaczynają się od 110 koron, to dużo. Żeby jakoś wypaść jemy tylko zupę (solanka ) za 50 koron – drogo. Potem kierujemy się na sklep, by dopchać się lodami. W trakcie zakupów chce płacić łatami, cóż nie trudno o pomyłkę, jak w portfelu ma się walutę z trzech państw (nie liczę naszej ), to takie utrudnienie i trzeba być czujnym !. Potem do namiotów, słońce praktycznie do 22 wieczorem.  Napiszę jeszcze o kolacji. Hmmm…  Trudno kupić w tych stronach konserwy mięsne, więc jak zobaczyłem na Łotwie to kupiłem . Pisało na niej – tuszonka ( zawtrak turysty ). W trakcie jedzenia miałem odczucie  jakbym podkradł konserwę mojej fredceszkola
KOREK w pełnej krasie
i właśnie ją w skryciu jem. Porzuciłem te pseudo konserwy, przechodząc w dalszej części wyprawy na paczkowane wędliny. Zrobiłem sobie kawę i zagryzałem andruty. Byliśmy z siebie zadowoleni, cel cząstkowo osiągnięty, pozostawało wrócić do domu. A dom był daleko. Moja felga miała już porządną dziurę na obwodzie, trochę podkręciłem szprychy, bo była scentrowana. Edek robi zdjęcia zachodu słońca. O pierwszej w nocy nadal jasno, wyciągam kamerę i kręcę, ciekawe jak to wyjdzie. O trzeciej wzeszło już słońce. Na pewno myślicie, kiedy spaliśmy. Kolonia mew nie spała, więc my mogliśmy tylko drzemać, wychodząc czasami za potrzebą. Melduję, że rano byłem wyspany. długości (jednymi z najdłuższych w wysokości, z 45

 

Dzień 18            7 czerwca 2007

162,8 km                             06:04 h                                 27.16 km/h

Ruszamy na  wschód w kierunku ruskiej granicy. Mijamy miejscowość Rakvere ( zobaczcie gdzie to jest), która przez cztery lata jako lenno, należała do Rzeczpospolitej Obojga Narodów . Wypoczynek i obiad zaplanowaliśmy w Azeri. Niewypał !!!. Miasteczko w połowie opuszczone, bar i niektóre sklepy pozamykane. Edek pytał o plażę, ale usłyszał, że nie ma !!!. Nie bardzo w to wierzyliśmy, zaczęliśmy szukać sami. Nad brzegiem morza potężna opuszczona fabryka, wysoki zarośnięty brzeg. Od morza dochodzi nieprzyjemny zapach, woda brudna. Bardzo rozczarowani opuszczamy te okolice, czym bliżej ruskich tym gorzej to wszystko wygląda.  Wracamy na główną drogę i zauważam, że moja tylnia felga zaczyna pękać wzdłuż. Jedziemy do  najbliższego miasta Kokhtla – Yarve. Jakoś znaleźliśmy sklep rowerowy, nie maja jednak takich felg. Dostaję kartę ze szkicem, gdzie znajdę serwis w następnym mieście. To miasto to Yykhi. Serwis był oczywiście zamknięty. Poszedłem do sklepu i udało się ściągnąć serwisanta. Rozmowa słabo szła, bo Estończyk po rusku udawał niekumanego. Jakoś umówiliśmy się na drugi dzień rano, że w ciągu dwóch godzin wymieni felgę ( 230 ) koron  za 100 koron.  Nie mogliśmy ruszać dalej ,więc wymyśliliśmy nocleg nad morzem. Zrobiliśmy małe zakupy w markecie. Wróciliśmy się i jadąc dziewięć kilometrów szutrem, dotarliśmy do celu, niedaleko miejscowości Valaste, nad zatoką fińską. Niestety brzeg w tych okolicach wznosi się około 40 m nad poziomem wody. Znaleźliśmy  miejsce nad urwiskiem, namioty rozbite 2 m od przepaści. Widoki piękne, znalazłem nawet miejscową, wydrążoną w kamieniu ścieżkę, pozwalającą zejść na dół, jednak nie schodziłem.

 

Dzień 19            8 czerwca 2007

116,03 km                           06:04 h                                 19.33 km/h

Przy serwisie byliśmy przed dziesiątą. Położyłem mojego konia na trawę i wyjąłem tylnie koło. Po dwóch godzinach było gotowe, cena wzrosła do 360 koron, ale nie pytałem dlaczego. Chcemy opuścić miasto, duży ruch. Samochód przede mną hamuje, nie zdążyłem się wypiąć i przewracam się na bok. Sakwy zamortyzowały wywrotkę, rozciąłem tylko łokieć. Edek wyciąga plaster ( bierzcie plastry ). Jest za to efekt uboczny, rozpadło się siodełko. Wyskoczyło z stalowego stelażu i nijak się je nie da założyć. Wracamy do serwisu, może pomogą, ale też nic. Przy pomocy taśmy pakującej mocuje siodełko do stelaża. Tak będę jechał prawie dwa dni. Tylnia część była już przystosowana do każdych warunków. W końcu ruszamy. Docieramy do jeziora Peipsi o powierzchni 2670 km2, rozciąga się z północy na południe na długości 140 km, maksymalna jego szerokość wynosi 50 km, a głębokość do 15 m (przeciętna 8 m). Odpoczywamy, jemy i opalamy się . Na kąpiel woda wydawała mi się za zimna. Edek przeczytał w przewodniku, że jezioro bywa zamarznięte do maja, co potwierdziło trafność mojej decyzji. Pod wieczór ruszmy dalej by koło siódmej szukać miejsca nad wodą na biwak. Niestety dostępu brak, cały czas prywatne działki ( znowu ERA, tym razem eraterra ), brak przejazdu. A pisało, że obszary mało zaludnione ?. Lądujemy przy drodze. Do Tartu 53 km.

 

Dzień 20            9 czerwca 2007

130,98 km                           07:11 h                                 18.33 km/h

Następny dzień to zwiedzanie Tartu, miasta akademickiego i zbliżenie się do granicy z Łotwą. Zaczynają się górki. Tartu nas nie zachwyciło, przechadzka po deptaku , parę fotek i ruszamy dalej w stronę Vyru, gdzie nad jeziorem o tej samej nazwie odpoczywamy i opalamy się do późnych godzin. Za miastem szukamy noclegu. Parę podjazdów i jesteśmy w Haanja Park ( mapkę Edek dostał w informacji ), na najkrótszej drodze do granicy. Za małym wzniesieniem przy drodze rozbijamy się. Są komary, ale już się przyzwyczaiłem. Przyszedł czas na naprawę siodełka. Jadąc dłuższy czas w dość niewygodnej pozycji rozmyślałem nad zakupem nowego, gdy wpadł mi myśl użycia palnika. Nad ogniem rozgrzewam do czerwoności stelaż siodełka i następnie bez problemów , topiąc trochę plastiku, naciągam nań siodełko. Pełny sukces.!. Zadowolony piję kawę i zajadam andruty.

 

Dzień 21                10 czerwca

124,47 km                           06:51 h                                 18.04 km/h

Jedziemy w kierunku granicy. Park jest piękny, co chwila jezioro. Warto tędy przejechać. Celnik po rusku życzy szerokiej drogi. Odpoczynek wyznaczyliśmy nad największym jeziorem Łotwy, Ozaluskne. By do niego dojechać musimy pokonać 20 km odcinek szutru. Nad jeziorem jest miejsce nad odpoczynek .Woda czysta i ciepła. Jest okazja by spłukać trudy podróży. Długo pływamy. Czas ruszać. Do Balvi docieramy ekspresowo. Obiad w bistro za 2 łaty i lody 0,18. Co sklep to lody, w sumie zjedliśmy po trzy lody, jakoś tak wyszło. Jedziemy na czas do 18 godziny i zaczynamy szukać spania. Rozbijamy się w krzakach koło drogi, do Rezekne zostało 55 km .

Do odnotowania – dziś gonił nas pies. GPS pokazuje 2761 przejechanych kilometrów.

 

Dzień 22            11 czerwca 2007

103,19 km                           05:34 h                                 18.76 km/h

Rano namioty mokre od rosy . W Rezekne robimy sobie zdjęcie pod pomnikiem zjednoczenia Łotwy, małe zakupy . Zaczynają się niezłe górki. Przejeżdżamy 4 km od najwyższego wzniesienia Łotwy ,ale szutrowa droga zniechęca nas do jej zdobywania.  Trochę zmęczeni odpoczywamy w szuwarach jeziora Ozranas. Niebo zaczyna silnie się chmurzyć. Ruszamy w kierunku jeziora Ozesha, gdzie będziemy szukać noclegu. Znajdujemy pole namiotowe nad samym jeziorem, gospodarz mówi trochę po polsku. Woda czysta , kąpiel obowiązkowa. Robię zdjęcia zachodu słońca, widoki prześliczne. Jeziora ma podobno 70 wysepek. Trochę popadało, ale namioty już były rozbite. Spoglądam na świat przez otwarte poły namiotu i widzę machającego człowieka. Po chwili rozmawiamy po polsku. To Łotysz Janvane, często przebywający w Polsce. W trójkę idziemy do pobliskich bloków poznać  jego przyjaciół. Kto chce poznać trochę kolorytu wnętrza, niech odwiedzi takie miejsce, chociaż niektórzy mogli by doznać szoku. Mieszkanie i lokatorzy, długo by opisywać. Jedno mogę powiedzieć, pomimo warunków w jakich mieszkają i jaki prowadza tryb życia, są przyjacielscy i humor ich nie opuszcza. Koło godziny 23 lądujemy w namiotach.

 

Dzień 24            12 czerwca 2007 

106,42 km                           06:26 h                                 16.37 km/h

Na trasie zostało jedno większe miasto Daugavpils.  Po drodze przejeżdżamy przez miejscowości z polskimi śladami, Dagda i Krasław ( na cmentarzu jest pomnik poległych polskich  żołnierzy w 1920 roku ). W czasie jazdy robimy sobie przerwę w miejscowości Sprutki, przy ogromnym kościele , który zwrócił naszą uwagę, gdyż  dokoła tylko pola. Siedzimy na ławeczce, wkrótce nadchodzi kobieta i poznajemy historię budowy kościoła. Otwiera nawet wejście, możemy zobaczyć środek. Kiedyś to miejsce było pełne, teraz w procesji idzie sześć osób. Koło południa docieramy do Daugavpils, duże ładne miast z deptakiem zamiast rynku , po którym chodzą niezłe sztuki. Jemy obiad w bistro ( 2,4 łata ). Edek standartowo w informacji , przynosi mapkę z lokalizacją campingu. Po chwili jesteśmy za miastem nad jeziorem Stropu ( www.stropuvilnis.lv)  . Rozbijamy namioty, kąpiel w jeziorze, potem lody i kawa w barze. To jedyne namioty, po za tym ośrodek jest pilnowany przez ochronę, więc spaliśmy spokojnie. Na liczniku 2975 km, do domu coraz bliżej.

 

Dzień 25            13 czerwca 2007

132,41 km                           07:46 h                                 16.97 km/h

Do granicy z Litwą niedaleko. Wydajemy ostatnie łaty na drobne zakupy. Za granicą znowu niezłe kopce, trzeba ostro naciskać na pedały, zwłaszcza, że Edek nie odpuszcza i utrzymuje tempo. Dojeżdżamy do Ignaliny ( elektrownia atomowa ), gdzie w knajpie jemy obiad za 25 litów ( drogo ). Gdzieś na 70 km przed Wilnem pogoda załamuje się. Szybko skręcamy w las i na ładnej polance na czas, przed burzą , rozbijamy się.

 

Dzień 26            14 czerwca 2007

173,8 km                             08:49 h                                 19.63 km/h

Poprzedniego dnia zmuszeni załamaniem pogody nocowaliśmy w lesie koło drogi. Miejsce niezłe , bez komarów. W nocy nieźle lało, ale my bezpieczni pod namiotem. Rano pobudka i w trasę. Za cel przejechanie jak najwięcej kilometrów i zbliżenie sie do granicy. Mijamy górą Wilno drogą 108, żeby nie tracić czasu. Trasa bardzo się wyprostowała , skończyły sie uciążliwe podjazdy. Przez moment jedziemy drogą, którą jakieś 2 tygodnie wcześniej jechaliśmy na Kiejdany. Historyczny moment. Po drodze jemy lody, przed sklepem wszyscy przyznają sie, że są polakami, próbując przy okazji naciągnąć na piwo. Obiad jemy w Vievis. W centrum knajpa , super tanio i smacznie. Za 8 litów zupa i schabowy. Potem jazda droga 122 - zupełny odjazd. Na 31 km 1000 zakrętów, 300 podjazdów i zjazdów. Sprawę rekompensują cudowne widoki i bezludna okolica.  Jedziemy na czas do godziny siedemnastej. Było trochę trudno znaleźć miejsce do rozbicia , w końcu lądujemy przy drodze. Kolacja i śpimy. Jutro granica. Jesteśmy jakieś 20 km od Alytus.

 

Dzień 27            15 czerwca 2007 

100,48km                            04:59 h                                 20.09 km/h

Od startu Edek mocno naciska na pedały, znowu jakieś muchy w nosie. Do granicy bliziutko. W Lizyday wydajemy ostatnie lity, na śniadanie i oczywiście lody. Słońce znowu przyjaźnie do nas mruga. Granica bez historii, znowu u siebie. Zatrzymujemy się nad jeziorem Rachelany , gdzie zażywanym orzeźwiającej kąpieli. Odwiedzamy Sejny, gdzie jeszcze niedawno w trójkę szykowaliśmy się na zdobywanie Litwy, Łotwy i Estonii. Zjadamy po ogromnej pizzy. W drodze do Augustowa, zatrzymujemy się w miejscowości Głęboki Bród, na polu namiotowym ( 7zł ). Gospodarz pożycza nam kajak ( 10 zeta ) !. Porzucamy nasze rowery, Czarna Hańcza z całym swym urokiem, zostaje naszą szosą. Tym razem WIOSŁUJEMY ponad godzinę, podziwiając urocze widoki. Polecam to miejsce, znak informacyjny jest na drodze. Można wynająć domek za 60 złotych. Wszędzie dobrze, w domu najlepiej.

 

Dzień 28            16 czerwca 2007

140,62 km                           08:13 h                                 17.21 km/h

W Polsce postanowiliśmy się nie spieszyć, zwłaszcza, że pogoda dopisywała. Opuszczając Czarną Hańcze, przez Augustów, jedziemy zobaczyć Białystok. Miasto wywarło na mnie pozytywne wrażenie. Jemy obiad W Tesco przed miastem . W mieście oglądamy ogromny pałac Branickich i robimy sobie zdjęcie z Piłsudzkim. Nocleg 20 km za miastem, obok miejsca formowania 26 pułku LWP.

 

Dzień 29            17 czerwca 2007

122,43 km                           06:37 h                                 18,72 km/h

Jedziemy na Drohiczyn, po drodze dwie godziny odpoczywamy nad Bugiem w Osnówce. Rzeka brudna, nawet nie moczyłem nóg, za to widoki przepiękne. W Drohiczynie obiad i znajdujemy miejsce na nocleg nad Bugiem koło mostu za Tonkielami. Komarów brak. 

 

Dzień 30            18 czerwca 2007

101,89 km                           05:23 h                                 19.11 km/h

Odwiedzamy Siedlce, spędzamy tam ponad godzinę. Burza zagania nas w pole. Rozbijamy namioty w kroplach deszczu. Po burzy nachodzi nas gospodarz, jest przyjacielsko usposobiony. Zaczynamy pogawędki, między innymi o ostatniej bitwie września 1939 w tej okolicy prowadzonej przez gen. Kleberga 

 

Dzień 31            19 czerwca 2007  

101,7 km                             06:12 h                                 16.43 km/h

Odwiedzamy Dęblin i Puławy. Zwiedzamy pałac Czartoryskich, schodzimy do podziemnej groty – kaplicy. Następnie odwiedzamy Kazimierz Dolny, na rynku pijemy kawę. Pod wrażeniem uroku miejsca na stole zostawiam aparat fotograficzny , którego już nie odzyskujemy. Znajdujemy nocleg nad Wisłą w miejscowości Zastów. Wisła rzeka bardzo brudna w tym miejscu, nawet nie moczyłem nóg.

 

Dzień 32            20 czerwca 2007  

94,5 km                               05:16 h                                 18.17 km/h

Odwiedzamy Sandomierz. Bardzo mi się spodobała starówka, czysta i ładnie utrzymana. Miejsce warte odwiedzenia. Po rozbiciu zauważam, że tylnia opona rozeszła się przy feldze i dętka ma zamiar wyjść na zewnątrz ( spore wybrzuszenie ). To pokłosie uszkodzonej felgi. Edek wyciąga nici dratwę i przy pomocy kleszczy , szyję na okrętkę uszkodzone miejsce. Na tym mistrzowskim szyciu dotrę później bez problemów do domu. Morał – bierzcie na wyprawy mocne nici !!.

 

Dzień 33            21 czerwca 2007  

99,46 km                             05:28 h                                 18.10 km/h

Chociaż nie po drodze jedziemy zobaczyć pałac w Baranowie Sandomierskim. Promem przeprawiamy się na drugi brzeg Wisły ( 1,50 zł ). Rzucamy okiem na pałac w Kurozewkach i jedziemy nad jezioro Chańcza. Tu odpoczywamy na piaszczystej plaży, kapiemy się i posilamy do wieczora. Jedziemy przez Szydłów, w połowie XIV w. król Kazimierz Wielki wzniósł tutaj warowny zamek oraz kościół pw. Świętego Władysława. Miasto zostało otoczone obronnym murem z trzema bramami: Krakowską, Opatowską i Wodną.

 

Dzień 34            22 czerwca 2007 

102,42 km                           05:52 h                                 17.35 km/h

Dzień bez historii. Podjeżdżamy do Lisic. Kamping 10 złotych od namiotu. Idziemy w górki podziwiać adeptów wspinaczki. Jemy porządny obiad, zapijamy piwem. 

 

Dzień 35            23 czerwca 2007  

98,35 km                             07:22 h                                 13.29 km/h 

Kończymy wyprawę. Camping w Podlesicach wybraliśmy, żeby się przed pokazaniem w domu porządnie odświeżyć pod ciepłym prysznicem. Rano wstaliśmy wyjątkowo późno. Edek puścił mnie na prowadzenie ostatniego etapu, więc tempo nie przekraczało 20 km/h. Po początkowych zmaganiach z górkami, pomknęliśmy w stronę Tarnowskich Gór. Tam czekał na nas Janek, zapalony biker, który prowadził stronę z krótkimi relacjami z wyprawy. http://gryfo.republika.pl/ . Na rynku ostania kawa i lody . Edek pomknął w stronę Zawadzkie, a ja z Jankiem po drodze odwiedziliśmy Chechło, żeby przypomnieć sobie stare kąty.

01-06-2007    109 km

1490 km w czerwcu 2710 w sumie 4200 km

 

 

 

 
Utworzono luty 2008